ZDOBYWCA TRZECH OSCARÓW KOŃCZY Z AKTORSTWEM

Phantom Thread ostatnim filmem w karierze Daniela Day-Lewisa?

AMERICAN MADE - POLSKI ZWIASTUN ORAZ PLAKAT

Tom Cruise został królem przemytu

NAJNOWSZE RECENZJE

Przełęcz ocalonych Wiara czyni cuda, kino nie zawsze
La La Land Jaką cenę płacimy za marzenia?
Pasażerowie Idealna para w kosmosie
Zjawa Wątki mistyczne w oscarowym filmie Iñárritu
Pokój Małe Wielkie Kino!

Przełęcz ocalonych

ocena:
gatunek: biograficzny, dramat, wojenny
premiera: 04-11-2016
produkcja: USA, Australia
dystrybutor:
reżyseria: Mel Gibson
scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan
muzyka: Rupert Gregson-Williams
zdjęcia: Simon Duggan
obsada:

Andrew Garfield, Vince Vaughn, Sam Worthington, Teresa Palmer, Hugo Weaving, Luke Bracey, Luke Pegler, Goran D. Kleut, Ori Pfeffer, Rachel Griffiths

Fakt, że film powstaje na kanwie prawdziwych wydarzeń, sytuacji i realnych bohaterów ma mu nadać rangę powagi tudzież realizmu. Widz, który stoi w kolejce po bilet ma być przekonany, że oto zobaczy coś, co naprawdę się wydarzyło i nikt mu oczu mydlił nie będzie. Najczęściej jednak w takich sytuacjach oczy mydli się jeszcze bardziej bo kto by śmiał podważać historię, którą jej uczestnik osobiście przekazał potomnym. Jak wiadomo wojna jest dla oka mało atrakcyjna w przeciwieństwie do filmu, który jak najbardziej powinien.

 

Po dziesięciu latach Mel Gibson powraca za kamerę w stylu, w którym czuje się pewnie i swobodnie. Pompatyczne widowiska, podlane motywami religijnymi, ociekające krwią i brutalnością. Wizualnie jak najbardziej atrakcyjne ale fabularnie tak sobie. Gibson, który na prawo i lewo zapewnia o swojej wierze, nawróceniu i powrocie z drogi pijaństwa, awanturnictwa i skandali, bierze na tapetę bohatera, którego wręcz topi w religijnej symbolice. Niezaprzeczalnym jest, że Desmond Doss był istotnie człowiekiem mocno wierzącym ale tutaj biblia stała się wręcz młotem na wroga. Do niedawna wydawało mi się, że jesteśmy mistrzami w budowaniu pomników ale jak się teraz okazuje najlepiej wychodzi nam ich burzenie i deptanie. Tymczasem Hollywood w dalszym ciągu potrafi to robić idealnie. Miłość, wojna, śmierć, bohaterstwo. Z takich tagów zbudowany jest film Gibsona. Celowo użyłem tego określenia bowiem trudno usprawiedliwić te półgodzinne miłosne męki i umizgi głównego bohatera, które do historii wnoszą tyle co pigułka dzień po, tydzień po. Nie klei się to zupełnie, a wątek jest bo jest, bo być musi miłość w czasach wojny. Jej podsumowanie dostajemy w ostatniej scenie ale tak naprawdę ani to nie wstrząsa ani nie smuci. Jest jakby całkiem obojętne bo w głowie ciągle mamy te przerażające i dramatyczne wydarzenia na polu bitwy. Sceny batalistyczne, oczywiście z małymi wyjątkami i niepotrzebnymi przerysowaniami, to najlepsze na co w tym filmie liczyć możemy. Są perfekcyjne, bez zarzutu, oszałamiające, dramaturgia na najwyższym poziomie. Całkiem dobrze broni się jeszcze wątek rodzinny i obraz ojca weterana, który po traumatycznych przeżyciach na froncie egzystuje w oparach alkoholu i za wszelką cenę stara się uchronić synów przed zaciągnięciem się do armii. Wydawać się nawet może, że cały ten kult wiary to jego sprytny sposób na to aby armia odesłała ich z powrotem do domu. Wiara zabrania bowiem Desmondowi nosić i używać broni, a jednocześnie pcha go ku obronie ojczyzny

 

Desmond Doss bohaterem był i koniec. Amen. Jak podają różne źródła ocalił około 77 osób. Ale trudno sobie wyobrazić i przyjąć do wiadomości , że Medalu Honoru dorobił się w taki sposób jak pokazano w filmie. Ogień, śmierć, trup ściele się gęsto, a Doss w miejscu hekatomby zbiera rannych kolegów jak grzyby po deszczu. Oczywiście włos mu z głowy nie spada, a przyznać trzeba że fryzurą ma ciągle nienaganną. Właśnie o tym mydleniu oczu wspominałem wcześniej. To jest tak nachalne tworzenie etosu bohatera – którego on sam nomen omen wcale od filmu nie potrzebował – że aż źle się na to patrzy. Zamiast porywać i wzbudzać zachwyt, powoduje ironiczne uśmiechy. Nawet kiedy bohater ciągnie sierżanta Howella na szybko zmontowanych trokach niczym na saniach poprzez ocean trupów i w pełnym ostrzale, reżyser chyba nadal myślał że tak ma być. Jest to po prostu śmieszne i niedorzeczne. No ale jak to się mówi człowiek strzela, a pan Bóg kule nosi.

 

Film jest skręcony sprawnie mimo że jego tempo okropnie kuleje. To bardzo dobre rzemiosło i dobre widowisko. Tylko tyle albo aż tyle. W każdym razie te wszystkie zachwyty, nominacje, Oscary i fanfary są mocno przesadzone.

 

powrót do listy recenzji


Dodaj swój komentarz

Pozostało znaków


Komentarze

Brak komentarzy.