WONDER WHEEL - PLAKAT ORAZ ZWIASTUN FILMU

Kate Winslet i Justin Timberlake u Woody'ego Allena

AVATAR 2

Kate Winslet w obsadzie

WYSPA PSÓW - PLAKAT ORAZ ZWIASTUN FILMU

Wes Anderson wraca do animacji poklatkowej

OSTATNI PIES

Marcin Dorociński powróci jako "Despero"

NAJNOWSZE RECENZJE

Wind River Tam, gdzie nawet diabeł nie mówi dobranoc
Dunkierka Christophera Nolana zabawa z formą
Przełęcz ocalonych Wiara czyni cuda, kino nie zawsze
La La Land Jaką cenę płacimy za marzenia?
Pasażerowie Idealna para w kosmosie

Przełęcz ocalonych

ocena:
gatunek: biograficzny, dramat, wojenny
premiera: 04-11-2016
produkcja: USA, Australia
dystrybutor:
reżyseria: Mel Gibson
scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan
muzyka: Rupert Gregson-Williams
zdjęcia: Simon Duggan
obsada:

Andrew Garfield, Vince Vaughn, Sam Worthington, Teresa Palmer, Hugo Weaving, Luke Bracey, Luke Pegler, Goran D. Kleut, Ori Pfeffer, Rachel Griffiths

Fakt, że film powstaje na kanwie prawdziwych wydarzeń, sytuacji i realnych bohaterów ma mu nadać rangę powagi tudzież realizmu. Widz, który stoi w kolejce po bilet ma być przekonany, że oto zobaczy coś, co naprawdę się wydarzyło i nikt mu oczu mydlił nie będzie. Najczęściej jednak w takich sytuacjach oczy mydli się jeszcze bardziej bo kto by śmiał podważać historię, którą jej uczestnik osobiście przekazał potomnym. Jak wiadomo wojna jest dla oka mało atrakcyjna w przeciwieństwie do filmu, który jak najbardziej powinien.

 

Po dziesięciu latach Mel Gibson powraca za kamerę w stylu, w którym czuje się pewnie i swobodnie. Pompatyczne widowiska, podlane motywami religijnymi, ociekające krwią i brutalnością. Wizualnie jak najbardziej atrakcyjne ale fabularnie tak sobie. Gibson, który na prawo i lewo zapewnia o swojej wierze, nawróceniu i powrocie z drogi pijaństwa, awanturnictwa i skandali, bierze na tapetę bohatera, którego wręcz topi w religijnej symbolice. Niezaprzeczalnym jest, że Desmond Doss był istotnie człowiekiem mocno wierzącym ale tutaj biblia stała się wręcz młotem na wroga. Do niedawna wydawało mi się, że jesteśmy mistrzami w budowaniu pomników ale jak się teraz okazuje najlepiej wychodzi nam ich burzenie i deptanie. Tymczasem Hollywood w dalszym ciągu potrafi to robić idealnie. Miłość, wojna, śmierć, bohaterstwo. Z takich tagów zbudowany jest film Gibsona. Celowo użyłem tego określenia bowiem trudno usprawiedliwić te półgodzinne miłosne męki i umizgi głównego bohatera, które do historii wnoszą tyle co pigułka dzień po, tydzień po. Nie klei się to zupełnie, a wątek jest bo jest, bo być musi miłość w czasach wojny. Jej podsumowanie dostajemy w ostatniej scenie ale tak naprawdę ani to nie wstrząsa ani nie smuci. Jest jakby całkiem obojętne bo w głowie ciągle mamy te przerażające i dramatyczne wydarzenia na polu bitwy. Sceny batalistyczne, oczywiście z małymi wyjątkami i niepotrzebnymi przerysowaniami, to najlepsze na co w tym filmie liczyć możemy. Są perfekcyjne, bez zarzutu, oszałamiające, dramaturgia na najwyższym poziomie. Całkiem dobrze broni się jeszcze wątek rodzinny i obraz ojca weterana, który po traumatycznych przeżyciach na froncie egzystuje w oparach alkoholu i za wszelką cenę stara się uchronić synów przed zaciągnięciem się do armii. Wydawać się nawet może, że cały ten kult wiary to jego sprytny sposób na to aby armia odesłała ich z powrotem do domu. Wiara zabrania bowiem Desmondowi nosić i używać broni, a jednocześnie pcha go ku obronie ojczyzny

 

Desmond Doss bohaterem był i koniec. Amen. Jak podają różne źródła ocalił około 77 osób. Ale trudno sobie wyobrazić i przyjąć do wiadomości , że Medalu Honoru dorobił się w taki sposób jak pokazano w filmie. Ogień, śmierć, trup ściele się gęsto, a Doss w miejscu hekatomby zbiera rannych kolegów jak grzyby po deszczu. Oczywiście włos mu z głowy nie spada, a przyznać trzeba że fryzurą ma ciągle nienaganną. Właśnie o tym mydleniu oczu wspominałem wcześniej. To jest tak nachalne tworzenie etosu bohatera – którego on sam nomen omen wcale od filmu nie potrzebował – że aż źle się na to patrzy. Zamiast porywać i wzbudzać zachwyt, powoduje ironiczne uśmiechy. Nawet kiedy bohater ciągnie sierżanta Howella na szybko zmontowanych trokach niczym na saniach poprzez ocean trupów i w pełnym ostrzale, reżyser chyba nadal myślał że tak ma być. Jest to po prostu śmieszne i niedorzeczne. No ale jak to się mówi człowiek strzela, a pan Bóg kule nosi.

 

Film jest skręcony sprawnie mimo że jego tempo okropnie kuleje. To bardzo dobre rzemiosło i dobre widowisko. Tylko tyle albo aż tyle. W każdym razie te wszystkie zachwyty, nominacje, Oscary i fanfary są mocno przesadzone.

 

powrót do listy recenzji


Dodaj swój komentarz

Pozostało znaków


Komentarze

Brak komentarzy.