DARKEST HOUR - ZWIASTUN FILMU

Gary Oldman jako WInston Churchill

EMMY 2017 - LISTA NOMINOWANYCH

Westworld i Saturday Night Live z największą liczbą nominacji

TARANTINO OPOWIE HISTORIĘ SEKTY CHARLESA MANSONA

Przedostatni film w karierze Quentina Tarantino?

THE GREATEST SHOWMAN - ZWIASTUN FILMU

Hugh Jackman został królem rozrywki

NAJNOWSZE RECENZJE

Przełęcz ocalonych Wiara czyni cuda, kino nie zawsze
La La Land Jaką cenę płacimy za marzenia?
Pasażerowie Idealna para w kosmosie
Zjawa Wątki mistyczne w oscarowym filmie Iñárritu
Pokój Małe Wielkie Kino!

Ani słowa więcej

ocena:
gatunek: komedia
premiera: 29-11-2013
produkcja: USA
dystrybutor:
reżyseria: Nicole Holofcener
scenariusz: Nicole Holofcener
muzyka: Marcelo Zarvos
zdjęcia: Xavier Pérez Grobet
obsada:

James Gandolfini, Julia Louis-Dreyfus, Toni Collette, Catherine Keener, Ben Falcone, Michaela Watkins, Amy Landecker

W swojej ostatniej głównej roli w filmie fabularnym James Gandolfini, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamienia się z bezwzględnego szefa mafii znanego z „Rodziny Soprano”, jakim go do tej pory najżywiej wspominaliśmy, w gościa, z którym bardzo chcielibyśmy się zaprzyjaźnić. Nawet mimo, że grany przez niego bohater - Albert, to zdaniem byłej żony niesamowicie irytujący gość, który z sosu guacamole odsuwa nachosem cebulę na bok, nie potrafi szeptać (wyjątkowo nie do zniesienia w kinie) oraz nie uznaje szafek nocnych. Rzeczywiście zbrodnia. Niepozbawiony uroku „Ani słowa więcej” w reżyserii Nicole Holofcener to historia masażystki – fizjoterapeutki Evy (Julia Louis – Dreyfuss) i jej zawodowych i osobistych perypetii opowiedziana swobodnie, z polotem i bez zadęcia. To jednocześnie także kontynuacja przeżywającego w ostatnim czasie renesans gatunku filmów o miłości dojrzałej i mądrej, pozbawionej złudzeń wieku nastoletniego i niemożliwych do spełnienia oczekiwań wcześniejszych etapów życia, natomiast pełnej rozbudzonej na nowo niepewności.


A zatem Eva i Albert. Ona – atrakcyjna kobieta w średnim wieku, rozwódka z dorastającą córką. Nie wie, czy wolno jej jeszcze korzystać z życia i chodzić na randki. Czy to wypada, co ludzie powiedzą i jak zareaguje córka na widok obcego faceta. On – misiowaty pan w typie Shreka – jak cebula ma wiele warstw i zyskuje przy bliższym poznaniu. Oboje na życiowym zakręcie – wiele przeżyli i z jednej strony intensywnie zastanawiają się, czy warto angażować się w nowy związek, czy im się jeszcze chce znowu przez to wszystko przechodzić, a z drugiej – perspektywa samotnej starości z nieustępliwym i wrogim „eks” budzi uzasadnione lęki. Tak się właśnie spotykają na kolejnym smutnym przyjęciu wspólnych znajomych, z niewinnymi drinkami w dłoniach i z bagażem doświadczeń ukrytym za radosnym uśmiechem. Bez nadmiernych oczekiwań, za to z tajemną wiedzą o funkcjonowaniu długotrwałych związków. Holofcener, również autorka scenariusza, bez nadmiernych trudności pozwala widzowi polubić swoich bohaterów, razem z wszystkimi ich wadami i irytującymi dziwactwami. Czyni to głównie za sprawą strategicznego zabiegu podkreślania drobnych detali i cech ich charakteru, które zazwyczaj są przez innych twórców pomijane jako nieistotne i niewnoszące nic nowego do opowiadanej historii. To błąd, bo przykład „Ani słowa więcej” dobitnie pokazuje, że wady i natręctwa przydają realizmu i ułatwiają utożsamienie się z filmowym protagonistą.


Reżyserce udaje się również jeszcze jedno, w sposób bardziej lub mniej zamierzony drwi sobie bowiem z pokazowego optymizmu Amerykanów o śnieżnobiałych uśmiechach. Eva uśmiecha się zawsze, niezależnie od tego, czy jest wesoła, czy smutna, zakłopotana czy zażenowana - przy każdej okazji odsłania rząd prościutkich perłowych zębów. Zęby to zresztą ewidentnie jeden z motywów przewodnich obrazu (i czy nie jednocześnie jedna z cech wyróżniających cały naród?), bo z kolei Albertowi brakuje trzonowca (skandal!), a jednemu z klientów masażystki permanentnie doskwiera nieświeży oddech. Holofcener umieściła miejsce akcji „Ani słowa więcej” na jakichś bliżej nieokreślonych przedmieściach, gdzie ludzie mieszkają w domach jednorodzinnych otoczonych wypielęgnowanymi trawnikami i jeżdżą wygodnymi SUVami, noszą adidasy do spodni w kant i jedzą brunche w pobliskich kawiarniach, co przypomina trochę atmosferę uchwyconą w amerykańskich serialach, jak w „Gotowych na wszystko”, „Trawce” albo „Nowych przygodach starej Christine” (zresztą z główną rolą Louis – Dreyfus). Typowość lokalizacyjnego tła wdzięcznie uwydatnia wyjątkowość głównych bohaterów, drobne charakterologiczne detale i rodzące się powoli uczucia na zgliszczach poprzednich związków. Nie jest to jednak na szczęście typowa komedia romantyczna albo tym bardziej pochwała statecznego życia rodzinnego. Raczej przewrotny komediodramat o przywdziewaniu wygodnych masek na różne okazje, o zawodności stereotypów i pierwszych wrażeń. Nade wszystko jest to jednak aktorski popis Jamesa Gandolfini, bez którego wdzięku, delikatności i zmęczonego spojrzenia zaklętych w dużym ciele „Ani słowa więcej” mogłoby okazać się filmem jednym z wielu. A tak, pozostaje wdzięcznym portretem nieodżałowanego aktora, który wolę zachować w pamięci.

 

Magda Maksimiuk

 

powrót do listy recenzji


Dodaj swój komentarz

Pozostało znaków


Komentarze

Brak komentarzy.