PRZEŁĘCZ OCALONYCH - RECENZJA FILMU

Wiara czyni cuda, kino nie zawsze

LOGAN, KRÓL ARTUR, STRAŻNICY GALAKTYKI, OBCY

Bohaterowie nadchodzących premier na plakatach

HISTORIA, KTÓRA WSTRZĄSNĘŁA ŚWIATEM

Premiera zwiastuna filmu „Amok"

SONG TO SONG, BLADE RUNNER 2049, FIRST MAN

Ten rok będzie należał do Niego

LA LA LAND - RECENZJA FILMU

Jaką cenę płacimy za marzenia?

NAJNOWSZE RECENZJE

Przełęcz ocalonych Wiara czyni cuda, kino nie zawsze
La La Land Jaką cenę płacimy za marzenia?
Pasażerowie Idealna para w kosmosie
Zjawa Wątki mistyczne w oscarowym filmie Iñárritu
Pokój Małe Wielkie Kino!

Ani słowa więcej

ocena:
gatunek: komedia
premiera: 29-11-2013
produkcja: USA
dystrybutor:
reżyseria: Nicole Holofcener
scenariusz: Nicole Holofcener
muzyka: Marcelo Zarvos
zdjęcia: Xavier Pérez Grobet
obsada:

James Gandolfini, Julia Louis-Dreyfus, Toni Collette, Catherine Keener, Ben Falcone, Michaela Watkins, Amy Landecker

W swojej ostatniej głównej roli w filmie fabularnym James Gandolfini, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamienia się z bezwzględnego szefa mafii znanego z „Rodziny Soprano”, jakim go do tej pory najżywiej wspominaliśmy, w gościa, z którym bardzo chcielibyśmy się zaprzyjaźnić. Nawet mimo, że grany przez niego bohater - Albert, to zdaniem byłej żony niesamowicie irytujący gość, który z sosu guacamole odsuwa nachosem cebulę na bok, nie potrafi szeptać (wyjątkowo nie do zniesienia w kinie) oraz nie uznaje szafek nocnych. Rzeczywiście zbrodnia. Niepozbawiony uroku „Ani słowa więcej” w reżyserii Nicole Holofcener to historia masażystki – fizjoterapeutki Evy (Julia Louis – Dreyfuss) i jej zawodowych i osobistych perypetii opowiedziana swobodnie, z polotem i bez zadęcia. To jednocześnie także kontynuacja przeżywającego w ostatnim czasie renesans gatunku filmów o miłości dojrzałej i mądrej, pozbawionej złudzeń wieku nastoletniego i niemożliwych do spełnienia oczekiwań wcześniejszych etapów życia, natomiast pełnej rozbudzonej na nowo niepewności.


A zatem Eva i Albert. Ona – atrakcyjna kobieta w średnim wieku, rozwódka z dorastającą córką. Nie wie, czy wolno jej jeszcze korzystać z życia i chodzić na randki. Czy to wypada, co ludzie powiedzą i jak zareaguje córka na widok obcego faceta. On – misiowaty pan w typie Shreka – jak cebula ma wiele warstw i zyskuje przy bliższym poznaniu. Oboje na życiowym zakręcie – wiele przeżyli i z jednej strony intensywnie zastanawiają się, czy warto angażować się w nowy związek, czy im się jeszcze chce znowu przez to wszystko przechodzić, a z drugiej – perspektywa samotnej starości z nieustępliwym i wrogim „eks” budzi uzasadnione lęki. Tak się właśnie spotykają na kolejnym smutnym przyjęciu wspólnych znajomych, z niewinnymi drinkami w dłoniach i z bagażem doświadczeń ukrytym za radosnym uśmiechem. Bez nadmiernych oczekiwań, za to z tajemną wiedzą o funkcjonowaniu długotrwałych związków. Holofcener, również autorka scenariusza, bez nadmiernych trudności pozwala widzowi polubić swoich bohaterów, razem z wszystkimi ich wadami i irytującymi dziwactwami. Czyni to głównie za sprawą strategicznego zabiegu podkreślania drobnych detali i cech ich charakteru, które zazwyczaj są przez innych twórców pomijane jako nieistotne i niewnoszące nic nowego do opowiadanej historii. To błąd, bo przykład „Ani słowa więcej” dobitnie pokazuje, że wady i natręctwa przydają realizmu i ułatwiają utożsamienie się z filmowym protagonistą.


Reżyserce udaje się również jeszcze jedno, w sposób bardziej lub mniej zamierzony drwi sobie bowiem z pokazowego optymizmu Amerykanów o śnieżnobiałych uśmiechach. Eva uśmiecha się zawsze, niezależnie od tego, czy jest wesoła, czy smutna, zakłopotana czy zażenowana - przy każdej okazji odsłania rząd prościutkich perłowych zębów. Zęby to zresztą ewidentnie jeden z motywów przewodnich obrazu (i czy nie jednocześnie jedna z cech wyróżniających cały naród?), bo z kolei Albertowi brakuje trzonowca (skandal!), a jednemu z klientów masażystki permanentnie doskwiera nieświeży oddech. Holofcener umieściła miejsce akcji „Ani słowa więcej” na jakichś bliżej nieokreślonych przedmieściach, gdzie ludzie mieszkają w domach jednorodzinnych otoczonych wypielęgnowanymi trawnikami i jeżdżą wygodnymi SUVami, noszą adidasy do spodni w kant i jedzą brunche w pobliskich kawiarniach, co przypomina trochę atmosferę uchwyconą w amerykańskich serialach, jak w „Gotowych na wszystko”, „Trawce” albo „Nowych przygodach starej Christine” (zresztą z główną rolą Louis – Dreyfus). Typowość lokalizacyjnego tła wdzięcznie uwydatnia wyjątkowość głównych bohaterów, drobne charakterologiczne detale i rodzące się powoli uczucia na zgliszczach poprzednich związków. Nie jest to jednak na szczęście typowa komedia romantyczna albo tym bardziej pochwała statecznego życia rodzinnego. Raczej przewrotny komediodramat o przywdziewaniu wygodnych masek na różne okazje, o zawodności stereotypów i pierwszych wrażeń. Nade wszystko jest to jednak aktorski popis Jamesa Gandolfini, bez którego wdzięku, delikatności i zmęczonego spojrzenia zaklętych w dużym ciele „Ani słowa więcej” mogłoby okazać się filmem jednym z wielu. A tak, pozostaje wdzięcznym portretem nieodżałowanego aktora, który wolę zachować w pamięci.

 

Magda Maksimiuk

 

powrót do listy recenzji


Dodaj swój komentarz

Pozostało znaków


Komentarze

Brak komentarzy.